Przejdź do treści

Czym jest boska władza?

Wydaje mi się, że słowa potrafią przeżyć światy, które jako pierwsze nadały im moc. Przechodzą z epoki w epokę jak starte monety, z wizerunkami do połowy zatartymi, a jednak wciąż…

Opublikowano przez Jan Verellen w Thrones of the Invisible Udostępnij


Audiobook · Rozdział 2
Czym jest boska władza?
Czyta lektor · około 13 minut

Wydaje mi się, że słowa potrafią przeżyć światy, które jako pierwsze nadały im moc. Przechodzą z epoki w epokę jak starte monety, z wizerunkami do połowy zatartymi, a jednak nadal jakoś będącymi w obiegu. Boska władza jest jednym z takich wyrażeń. U niektórych ludzi wciąż przywołuje ono obraz jednoznacznie religijny: władcy ponad chmurami, niebiańskiego sędziego, siły, która błogosławi, karze, rozkazuje i czuwa. Innych odsyła do starszych religijnych pejzaży: bogów burzy, świętych ogni, kadzidła, wież kościelnych, dziecięcego lęku, dziecięcej pociechy. Wielu współczesnych ludzi, być może całkiem zrozumiale, odczuwa pokusę, by porzucić to wyrażenie całkowicie. Mówimy sobie, że władza jest dziś polityczna, ekonomiczna, technologiczna, administracyjna. To, co boskie, jak zakładamy, należy do innej epoki.

A jednak moja własna droga zaprowadziła mnie w inną stronę. Im uważniej przyglądałem się nowoczesnemu światu, tym mniej byłem przekonany, że to, co boskie, zniknęło. Moja interpretacja jest taka, że ono po prostu zmieniło miejsce. Jeśli będę wypatrywał tylko bogów, cudów i świętych tekstów, przeoczę sposoby, w jakie starsze wzorce ostateczności przetrwały wewnątrz nowszych form. Przeoczę Rozum, kiedy nadaje mu się ton niepodlegający odwołaniu, Naród, kiedy domaga się ofiary bez granic, Rynek, kiedy traktowany jest jak los, język naukowy lub techniczny, kiedy używa się go tak, jakby sam z siebie mógł rozstrzygać kwestie moralne, oraz algorytmy, kiedy przedstawiają uszeregowane wyniki jako neutralną konieczność. Dawni bogowie mogli w wielu miejscach przygasnąć. Głębsza struktura, jak sądzę, często po prostu zmieniła adres.

Robocza definicja

Na potrzeby tej książki potrzebuję definicji dość szerokiej, by dało się prześledzić ten wzorzec przez stulecia, ale zarazem dość precyzyjnej, by nie rozpłynęła się w metaforze. Kiedy więc mówię o boskiej władzy, mam na myśli to wszystko, co w danym społeczeństwie rości sobie prawo do ostatecznej władzy nad znaczeniem i wartością — to, co rozstrzyga, co jest rzeczywiste i dobre, kto może rządzić, a kto musi być posłuszny.

To władza, która mówi, jawnie lub po cichu: to jest rzeczywiste; to jest ważne; to uchodzi za dobre, haniebne, godne, daremne, normalne, dewiacyjne, możliwe. To władza, która może żądać ofiary nie tylko z wiary, lecz także z czasu, pracy, godności, pragnienia, uwagi, przyszłości, a czasem i z samego życia.

To, co tutaj ma znaczenie, w moim przekonaniu, nie dotyczy przede wszystkim tego, co nadprzyrodzone. Chodzi o autorytet. Mniej interesuje mnie to, czy jakaś władza przemawia w imieniu nieba, niż to, czy rości sobie prawo do ostatniego słowa. Boska władza, w tym sensie, wyznacza granicę między rzeczywistością a nierzeczywistością, wartością a bezwartościowością, sensem a bezsensem. Może przybierać twarz boga, króla, proroka, partii, przywódcy albo maszyny. Może też występować jako coś bardziej rozproszonego, a przez to trudniejszego do zakwestionowania: Historia, Natura, Bezpieczeństwo, Postęp, „gospodarka”, „dane”, a nawet „sama rzeczywistość”, kiedy słowa te wypowiadane są tak, jakby były już moralnie zinterpretowane i nie podlegały sporowi.

Czasami taką władzę łatwo zlokalizować. Zasiada w świątyniach, pałacach, sądach, parlamentach, ministerstwach, bankach, laboratoriach, kampusach czy farmach serwerów. Czasami trudniej ją dostrzec, ponieważ ukrywa się w nawykach, założeniach, instytucjonalnych rutynach, kategoriach oprogramowania, systemach edukacji i opowieściach o „tym, jak działa świat”. W takich przypadkach rozstrzygające pytanie jest proste, choć nie zawsze łatwe do zadania: czy ta władza przedstawia się jako jedna siła pośród innych, otwarta na osąd i korektę, czy też jako miara, według której wszystkie inne rzeczy muszą być osądzane? Gdy dzieje się to drugie, sądzę, że mamy do czynienia z czymś boskim, niezależnie od tego, czy ktoś używa tego słowa.

Znaki boskiej władzy

Śledząc ten wzorzec w historii, doszedłem do przekonania, że boska władza pozostawia po sobie powracające ślady.

Po pierwsze, opiera się wątpieniu. Podawanie jej w wątpliwość zaczyna być odczuwane nie tylko jako trudne, ale jako niestosowne. W jednej epoce tę niestosowność można nazwać bluźnierstwem; w innej — zdradą; w jeszcze innej — irracjonalnością; w kolejnej — nieodpowiedzialnością albo zawodowym samobójstwem. Etykieta się zmienia. Presja pozostaje. Człowiek ma odczuć, że poważni dorośli takich pytań nie zadają.

Po drugie, przedstawia własny porządek jako nieuchronny. Nie mówi: „to jeden porządek pośród innych”. Mówi, albo mocno to sugeruje: „to po prostu rzeczywistość”. Ludzkie decyzje zostają przesłonięte językiem konieczności. Wyniki opisuje się na nowo jako fakty. Projekt przemianowuje się na przeznaczenie.

Po trzecie, ukrywa autorstwo. To może być najważniejszy ze wszystkich znaków. Ktoś ustanowił te reguły. Ktoś zdecydował, co ma się liczyć, co zignorować, kogo chronić, jakie ryzyko tolerować, jakie straty uznać za dopuszczalne. A jednak boska władza ma skłonność usuwać te ludzkie ręce z pola widzenia. Przemawia bezosobowym głosem: Bóg tak chce. Natura tego wymaga. Rozum to dowodzi. Rynek zdecydował. Algorytm to przewidział. Gdy ten głos już się utrwali, opór staje się trudniejszy, ponieważ nie spieramy się już z osobą czy instytucją, lecz z „rzeczywistością”.

Po czwarte, naturalizuje hierarchię. Ci na górze wydają się lepiej przystosowani, bardziej racjonalni, bardziej zasługujący, bardziej konieczni. Tych na dole przekonuje się, łagodnie albo brutalnie, że ich niższe miejsce odzwierciedla samą strukturę rzeczy. W jednej epoce może to być wyjaśniane przez niebo, w innej przez urodzenie, w jeszcze innej przez cnotę, zasługę, talent, konkurencję czy dane.

I po piąte, być może najsubtelniej, boska władza nie jest jedynie narzucana z góry. Jest też odtwarzana od dołu. Przekazujemy dalej jej opowieści. Ozdabiamy nasze życie jej symbolami. Mierzymy siebie i innych według jej standardów. Odczuwamy dumę, gdy odnosimy sukces zgodnie z jej logiką, i wstyd, gdy ponosimy porażkę. Nawet ci, których jakiś porządek rani, mogą się go trzymać, ponieważ stał się ramą, poprzez którą życie nabiera sensu. Dlatego nie postrzegam boskiej władzy przede wszystkim jako spisku złoczyńców. Częściej jest to wspólne zauroczenie: nierówno nagradzające, często niesprawiedliwe, ale podtrzymywane przez szeroki udział.

Boska władza a zwyczajna władza

Nie każdemu sprawowaniu władzy należy się ta szersza nazwa. Rodzic ma władzę nad dzieckiem. Nauczyciel ma władzę w klasie. Kierownik, właściciel mieszkania, komisja, urząd państwowy czy rada gminy — wszystkie te podmioty sprawują formy władzy, które mogą być sprawiedliwe albo niesprawiedliwe, cierpliwe albo nadużywające. Ale nie zawsze są to boskie władze. Często są to zwyczajne władze: ograniczone, usytuowane, rozliczalne i co do zasady otwarte na zmianę.

Przesunięcie następuje wtedy, gdy zwyczajna władza próbuje przyoblec się w ostateczność. Władca przestaje być jedynie władcą i staje się nosicielem mandatu niebios. Prawo przestaje być ludzkim ustaleniem i staje się „naturalnym porządkiem”. Polityka nie jest już jedną z wielu możliwych dróg, lecz jedyną racjonalną opcją. System ekonomiczny przedstawia się jako nieuchronny wyraz natury ludzkiej. Algorytm traktuje się nie jako narzędzie ukształtowane przez założenia i dane, lecz jako głos samej rzeczywistości. W tym momencie władza przechodzi przez ukryte drzwi. Otula się nieuchronnością i moralnym blaskiem.

To otulenie ma znaczenie. Czym innym jest spierać się z ministrem, pracodawcą, monarchą, zarządem czy instytucją. Czym innym usłyszeć, że spierasz się z Naturą, Bezpieczeństwem, Postępem, Rozumem albo samą Rzeczywistością. Symbole zmieniają się na przestrzeni wieków, lecz ambicja pozostaje rozpoznawalna: władza próbuje wynieść się poza negocjacje przez własne uświęcenie. W tym sensie zacząłem myśleć o boskiej władzy jako o zwyczajnej władzy uczynionej świętą, a przynajmniej przedstawionej jako nietykalna.

Dlaczego zachować słowo „boska”?

Nieraz zadawałem sobie pytanie, dlaczego nadal posługuję się tym starszym językiem. Dlaczego nie mówić wyłącznie o ideologii, hegemonii, systemach, instytucjach czy kontroli społecznej?

Zachowuję słowo boska z trzech powodów.

Po pierwsze, pomaga mi ono łączyć epoki. Gdybym zarezerwował język boskości wyłącznie dla społeczeństw jawnie religijnych, opowiadałbym fałszywą historię, wedle której ludzie starożytni i średniowieczni żyli pod władzą sacrum, a ludzie nowocześni potem uciekli w świecką neutralność. Moja lektura nie potwierdza tego schludnego podziału. Widzę raczej migrację. Kosmiczne mity stają się prawami moralnymi; prawa moralne przekształcają się w święte imperia i Kościoły; te z kolei ustępują częściowo miejsca państwom, narodom, rynkom, autorytetowi nauki, a dziś systemom cyfrowym, które klasyfikują, porządkują i pośredniczą w życiu. Nazwy się zmieniają. Głębsze roszczenie trwa.

Po drugie, to słowo pomaga mi dostrzec ukryte sacrum wewnątrz tego, co świeckie. Nowoczesne społeczeństwa często opisują same siebie jako odczarowane. Religii przydziela się sferę życia prywatnego, podczas gdy życie publiczne ma rzekomo opierać się na faktach, procedurach, bodźcach i eksperckiej wiedzy. Lecz gdy te systemy roszczą sobie prawo do ostatecznego autorytetu, robią więcej niż tylko administrują. Zaczynają domagać się wiary, lojalności, ofiary i moralnego podporządkowania. Nazywanie ich w takich chwilach boskimi władzami nie oznacza, w moim przekonaniu, negowania ich użyteczności. Oznacza odarcie ich z fałszywej niewinności i przywrócenie ich ludzkiemu osądowi.

Po trzecie, ten język ożywia starsze i bardziej wymagające pytanie: czemu służysz? Przez większą część historii ludzie wiedzieli, że widzialne porządki opierają się na jakimś wyobrażeniu tego, co ostateczne. Mogli być mu posłuszni, buntować się przeciw niemu, reinterpretować je albo mu się powierzać, ale zwykle nie udawali, że żadne takie roszczenie nie istnieje. My natomiast często ulegamy pokusie wygody, która mówi, że nie służymy niczemu. Po prostu jesteśmy praktyczni. Po prostu podążamy za dowodami. Po prostu wykonujemy swoją pracę. Po prostu odpowiadamy na bodźce. Po prostu jesteśmy realistami.

Nie ufam już zbytnio tej wygodzie. Moim zdaniem każde życie jest kształtowane przez jakąś opowieść o tym, co ma znaczenie ostateczne. Dla jednej osoby może to być Bóg żywej wiary. Dla innej — osiągnięcie, narodowe przeznaczenie, bezpieczeństwo, uznanie, produktywność, komfort, wolność, postęp albo nawet ponure przekonanie, że nic nie zasługuje na cześć. Nie twierdzę, że wszystkie takie oddania są identyczne. Twierdzę, że działają bardziej na podobieństwo kultu, niż współcześni ludzie zazwyczaj chcą przyznać.

Tak więc ta podróż poprowadzi od kręgów ognia i bogów nieba do miejskich kultów i świętych królów, od monoteizmu do Rozumu, od średniowiecznych sklepień do narodów i rynków, od przemysłowych mitów postępu do coraz bardziej niewidzialnej władzy danych, platform i algorytmów. Po drodze chcę pytać nie tylko o to, czego te siły sobie rościły, ale też czego żądały od zwyczajnych ludzi i jak ich logika przenikała do domów, szkół, ciał i życia dzieci.

Na razie jeden wers niesie nić, której chcę się trzymać: boska władza to każda władza, która przedstawia własny projekt jako przeznaczenie, rości sobie prawo do definiowania rzeczywistości i wartości oraz żąda ofiary przez strach, obietnicę albo oba naraz.

Jeśli warto zachować to zdanie, to dlatego, że ćwiczy ono pewien rodzaj uwagi. Zauważaj to, o czym mówi ci się, że jest nieuchronne. Zauważaj to, co wydaje się niebezpieczne do zakwestionowania. Zauważaj to, co domaga się twojego czasu, lojalności, posłuszeństwa albo szacunku do samego siebie, udając jedynie opis świata. Zauważaj też, co straciłbyś ty — albo kazałbyś stracić innym — aby pozostać temu wiernym.

Doszedłem do przekonania, że już żyjemy w obecności bogów, niezależnie od tego, czy odważymy się tak ich nazwać. Aby zrozumieć, jak taka władza po raz pierwszy przybrała kształt, muszę cofnąć się do czasów sprzed królów, pism i świątyń — do ludzi zgromadzonych wokół ognia w ciemności.

Powrót do książki